Siła kobiet żyjących na walizkach – 8 marca ciekawe kobiece święto

expat coaching marta lenarczyk kryzys na walizkach
Są takie rodzaje siły, które nie mają swojego święta, nie dostają kwiatów, nie są opisywane w mediach, nie mają własnego hasztagu, a jeśli już – to w wersji zbyt gładkiej, zbyt instagramowej, jakby siła miała wyglądać jak uśmiech do zdjęcia i idealnie domknięty plan na życie. 
Tymczasem najprawdziwsza siła bywa cicha – rozlana w codzienności, ukryta w tym, że wstajesz, mimo że jesteś zmęczona, że robisz kolejną rzecz „pierwszy raz”, że uczysz się świata na nowo, a jednocześnie próbujesz nie zgubić siebie.
 

     Siła kobiet na emigracji należy właśnie do tej kategorii, nie jest spektakularna, bo rzadko ma jeden wielki moment przełomu, jest raczej procesem, który dzieje się w tysiącach drobnych scen, jak chociażby kiedy stoisz w urzędzie i czujesz, że twoje serce bije odrobinę szybciej, bo nie wiesz, czy zrozumiesz wszystko za pierwszym razem. Dzieje się, gdy w szkole dziecka próbujesz odczytać nie tylko słowa, ale też kontekst, ton i zasady, których nikt nie wypisał na tablicy. Dzieje się w pracy, gdy uczysz się nowego stylu komunikacji – innej hierarchii, innego feedbacku, innego rytmu spotkań. Dzieje się w sklepie, gdy wstyd językowej niepewności ściska ci gardło, a ty i tak mówisz dalej, bo życie nie poczeka, aż perfekcyjnie opanujesz wszystkie przypadki.

     Jest to niesamowita siła, która rośnie w napięciu między „nie znam jeszcze” a „uczę się”, pomiędzy tęsknotą a odpowiedzialnością, pragnieniem, by ktoś wreszcie powiedział: „chodź, pokażę ci, jak tu się żyje”, a realnością, w której często musisz być dla siebie przewodniczką. 

Dlaczego akurat ten temat teraz? Bo 8 marca to dla mnie ZAWSZE będzie ciekawym i pięknym Świętem Kobiet, i nawet jeśli pamiętam gerbera i rajstopy (albo szare mydło) rozdawane w ten dzień, to …. nadal uwielbiam go za jego przesłanie. Ten dzień jest także moim symbolicnym dniem poklepania się po ramieniu i powiedzeniu sobie: Dajesz radę! Jestem z Ciebie (siebie) dumna. Dlatego też ten dzień chcę uczcić pisaniem o sile kobiet na emigracji.

Warto przypomnieć sobie, skąd w ogóle wziął się Międzynarodowy Dzień Kobiet, bo jego historia jest dużo bardziej „o warunkach życia” niż „o uprzejmości i samotnym gerberze”, tym sensie jest bliższa emigracji, niż nam się czasem wydaje:

Międzynarodowy Dzień Kobiet nie narodził się jako dzień grzecznościowych gestów, za to wyrósł z doświadczeń kobiet pracujących, z ruchów społecznych, z walki o prawa, bezpieczeństwo i widzialność. W Stanach Zjednoczonych już w 1909 roku obchodzono National Women’s Day, powiązany z ruchem robotniczym i postulatem realnych zmian w życiu kobiet. Rok później, podczas konferencji kobiet socjalistek w Kopenhadze, padła propozycja, aby ustanowić międzynarodowy dzień poświęcony prawom kobiet – w tym prawu wyborczemu – jako narzędzie mobilizacji i przypominania, że równość nie dzieje się sama.

A data 8 marca? Ona najmocniej splata się z wydarzeniami 1917 roku. W Petrogradzie kobiety – w tym pracownice przemysłu tekstylnego – wyszły na ulice z hasłami „chleba i pokoju”, protestując przeciwko wojnie i brakom żywności. Ten protest stał się jednym z impulsów rewolucyjnych i uruchomił serię zdarzeń, które zmieniły bieg historii. To ważne, bo przypomina: kobiece doświadczenie bywa początkiem większych zmian, nawet jeśli na początku wygląda jak „po prostu” desperackie wołanie o godne życie.

W latach 70. XX wieku ONZ nadała temu dniu wymiar globalny: w 1975 roku (Międzynarodowym Roku Kobiet) Organizacja Narodów Zjednoczonych zaczęła go oficjalnie obchodzić, a w 1977 roku Zgromadzenie Ogólne przyjęło rezolucję zachęcającą państwa do ustanowienia dnia dla praw kobiet i międzynarodowego pokoju – w praktyce najczęściej właśnie 8 marca.

Sedno historii tego dnia jest bardzo współczesne: 8 marca nie był po to, by kobiety czuły się miło przez jeden dzień. Był po to, by kobiety były bezpieczne, miały wpływ, mogły pracować na godnych warunkach i miały prawo do własnego głosu. I dlatego doświadczenie kobiet na emigracji wpisuje się w tę historię niemal idealnie – bo emigracja bardzo często dotyka dokładnie tych obszarów: bezpieczeństwa, pracy, widzialności, przynależności, sprawczości.

W świecie ten dzień bywa obchodzony na wiele sposobów, i to też jest ciekawe zwierciadło kultury. W części krajów 8 marca ma charakter święta z kwiatami i symbolami – we Włoszech na ulicach pojawiają się żółte gałązki mimozy, wręczane kobietom nie jako romantyczny gest, ale znak solidarności i uznania. W innych miejscach to dzień mocniej polityczny, protestacyjny, przypominający o nierównościach. W Hiszpanii 8 marca stał się w ostatnich latach datą masowych mobilizacji – pamiętam choćby strajki i demonstracje, które niosły hasło: „Jeśli my staniemy, stanie świat”, podkreślając niewidzialną pracę kobiet i koszt nierówności. Są też kraje, w których 8 marca ma wymiar formalny w pracy – w Chinach od lat funkcjonuje regulacja, że kobiety mogą mieć tego dnia połowę dnia wolnego (w praktyce zależy to od miejsca zatrudnienia i lokalnych zasad). Jedna data, wiele tradycji, a pod spodem to samo pytanie: jak wygląda realne życie kobiet, ich prawa, obciążenia, możliwości?

A jak to pytanie się ma w kontekście emigracji? 

Emigracja to nie jest tylko zmiana kraju, często to zmiana pozycji społecznej i zawodowej, zmiana sieci wsparcia, zmiana języka, a więc zmiana sposobu myślenia w codzienności. To wejście w system, który nie zawsze jest zrozumiały, przyjazny czy sprawiedliwy, a czasem – mimo najlepszych intencji ludzi – jest po prostu obojętny. Emigracja to konieczność budowania od nowa: języka, relacji, mapy miasta, mapy instytucji, mapy samej siebie.

W psychologii mówimy o stresie akulturacyjnym – napięciu związanym z adaptacją do nowej kultury, nowych norm, zasad komunikacji, ról społecznych. To realnie opisywany mechanizm obciążenia, który łączy się z gorszym samopoczuciem psychicznym, szczególnie gdy dochodzą takie czynniki jak izolacja społeczna czy doświadczenie dyskryminacji. Światowa Organizacja Zdrowia podkreśla, że doświadczenie migracji może wiązać się z dodatkowymi stresorami i barierami, a ochrona przed dyskryminacją i przemocą oraz dostęp do wsparcia są kluczowe dla zdrowia psychicznego osób migrujących.

Układ nerwowy nie interpretuje emigracji jako przygody. Układ nerwowy interpretuje emigrację jako długą sekwencję niepewności, mikro-decyzji, zadań bez instrukcji i sytuacji społecznych, w których stawka bywa zaskakująco wysoka. Nawet jeśli obiektywnie „to tylko rozmowa w urzędzie”, subiektywnie to bywa rozmowa o bezpieczeństwie, stabilności, dostępie do opieki zdrowotnej, o poczuciu, że twoje życie ma oparcie.

A kobiety na emigracji często niosą jeszcze dodatkową “walizkę” doświadczeń

Statystycznie kobiety stanowią około połowy migrantów na świecie i to nie jest „dodatek” do migracji mężczyzn, tylko osobna historia decyzji, ambicji, ucieczek, miłości, pracy i odpowiedzialności. W Europie coraz częściej mówi się też wprost o tym, że migrantki mogą doświadczać „podwójnej dyskryminacji” – jako kobiety i jako osoby z doświadczeniem migracji – co zwiększa ryzyko barier w dostępie do pracy, usług, niezależności ekonomicznej.

W praktyce to oznacza coś, co wiele z was zna aż za dobrze: że oprócz „normalnych” wyzwań adaptacji dochodzi ta niewidzialna praca organizacyjna, którą w wielu rodzinach nadal częściej wykonują kobiety. Kto ogarnia szkołę? Kto pamięta o szczepieniach, dokumentach, zebraniach, terminach, formularzach? Kto tłumaczy system medyczny, dzwoni, szuka, zapisuje, porównuje? Kto trzyma w głowie mapę tego, jak działa codzienność? To jest praca bez etatu i bez braw, a wymaga ogromnych zasobów poznawczych i emocjonalnych.

Są też sytuacje, w których emigracja „przycina skrzydła” zawodowo, przynajmniej na jakiś czas. Część kobiet doświadcza zjawiska nazywanego deskillingiem – kiedy kwalifikacje nie są uznawane, kompetencje nie przekładają się na lokalny rynek, a kobieta zaczyna od stanowisk niższych, poniżej swojego doświadczenia. To nie tylko kwestia pieniędzy, to uderza w tożsamość: „kim jestem, jeśli nie mogę być sobą zawodowo?”

Badacze opisują deskilling jako efekt barier językowych, biurokratycznych i strukturalnych, a w przypadku kobiet migrujących bywa to dodatkowo splecione z opieką, stereotypami i ograniczonym dostępem do sieci kontaktów.

W kontekstach emigracji lubię przywoływać zdanie Wisławy Szymborskiej: „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”. Emigracja jest jednym z tych doświadczeń, które „sprawdzają” – nie po to, by człowieka złamać, ale po to, by ujawnić zasoby, o których wcześniej nie miałaś pojęcia.

Bo w tym wszystkim dzieje się coś jeszcze, coś, o czym rzadziej mówimy, bo łatwo jest uznać to za „normalne”, skoro to po prostu robisz. Każda sytuacja, w której załatwiasz sprawę w obcym języku, buduje sprawczość. Każda rozmowa, w której mimo wstydu idziesz dalej, wzmacnia poczucie kompetencji, każdy dzień, w którym uczysz się nowych norm społecznych, rozwija elastyczność poznawczą – zdolność przełączania się między perspektywami, stylami komunikacji, sposobami interpretowania zachowań. 

W psychologii międzykulturowej mówimy o inteligencji kulturowej: umiejętności funkcjonowania w różnych kontekstach kulturowych z większą uważnością, adaptacyjnością i szacunkiem do różnic. Ta kompetencja rodzi się z praktyki, często okupionej wysiłkiem.

Kobiety na emigracji uczą się czytać kontekst. 

Uczą się wyczuwać niuanse, odróżniać „ktoś jest chłodny” od „tutaj tak się rozmawia”, że cisza nie zawsze znaczy to samo, a bezpośredniość nie zawsze jest niegrzecznością. Uczą się nowego kodu społecznego i jednocześnie uczą się siebie w tym kodzie. To jest ogromna praca emocjonalna i poznawcza, którą w CV trudno opisać jednym słowem, ale którą w życiu czuć w każdym momencie, kiedy już nie panikujesz na dźwięk telefonu, kiedy potrafisz spokojniej postawić granicę, kiedy umiesz poprosić o doprecyzowanie bez poczucia, że „zabierasz komuś czas”.

I tu dochodzimy do bardzo ważnej redefinicji siły. 

Siła w tym kontekście nie oznacza braku trudności, tego, że „nic cię nie rusza”. Siła oznacza raczej zdolność regulowania emocji mimo napięcia, umiejętność proszenia o pomoc, kiedy w kulturze, z której pochodzisz, proszenie o pomoc bywa mylone ze słabością, gotowość do budowania relacji od zera, nawet jeśli ciało krzyczy: „nie znam ich, nie wiem, czy pasuję”. Oznacza ona także stawianie granic, kiedy pojawia się stereotyp, umniejszanie, „żarcik” o akcencie albo protekcjonalny ton, zgodę na to, że adaptacja ma etapy – i że etap „jest mi ciężko” jest częścią procesu.

Badania o stresie akulturacyjnym pokazują coś jeszcze: że jednym z najważniejszych czynników chroniących zdrowie psychiczne w migracji jest wsparcie społeczne. W praktyce to jest brutalnie proste: człowiek, który ma z kim porozmawiać i na kim oprzeć codzienność, lepiej znosi przeciążenie. 

W badaniu opublikowanym w „International Journal of Public Health” wykazano, że wsparcie społeczne może osłabiać związek między stresem akulturacyjnym a depresyjnością – innymi słowy, że przy niskim wsparciu stres „bardziej boli”, a przy wysokim wsparciu łatwiej go unieść.

To jest właśnie ta część, o której chcę mówić głośno 8 marca, bo ona dotyka naszej kobiecej codzienności: przynależność jest paliwem psychicznym. Dlaczego? Bo bez niej nawet najbardziej kompetentna osoba zaczyna wątpić w siebie, w głowie rośnie narracja: „ze mną jest coś nie tak”, choć prawdziwy problem brzmi: „ja jestem sama w przeciążeniu”. I dlatego kobieca siła na emigracji nie polega wyłącznie na tym, że „dajesz radę”. Raczej wolę mówić, że polega też na tym, że uczysz się szukać ludzi, uczyć się proszenia, uczyć się budowania wspólnoty. To jest kompetencja społeczna najwyższej próby.

Warto tu dotknąć jeszcze jednego doświadczenia, które bywa na emigracji niewidzialne, bo trudno je nazwać, a jeszcze trudniej „usprawiedliwić”. Chodzi o żałobę migracyjną, czasem opisywaną jako migratory grief albo kulturowe osierocenie. To nie jest dramatyczna żałoba po jednej konkretnej stracie, a raczej suma małych strat: języka, który nie wybrzmiewa już w twojej codzienności tak swobodnie; ludzi, którzy nie są „pod ręką”; rytuałów, które nagle przestają być oczywiste; poczucia, że ktoś rozumie twoje „między wierszami”. Systematyczny przegląd badań sugeruje, że żałoba migracyjna wiąże się z nasileniem objawów depresyjnych u migrantów i uchodźców, choć autorzy podkreślają, że badań wciąż jest zbyt mało i potrzebujemy lepszych danych. Już wcześniej psychiatrzy i badacze migracji opisywali zjawisko „cultural bereavement” – utraty kulturowego „domu” i poczucia zakorzenienia, które może się z czasem stabilizować wraz z postępującą akulturacją i budowaniem przynależności w nowym miejscu.

Kiedy o tym mówię, często widzę w oczach kobiet ulgę, bo nagle to, co było „dziwną tęsknotą bez prawa do łez”, staje się czymś zrozumiałym. Idealnie pasują to słowa Tokarczuk! Olga Tokarczuk w wykładzie noblowskim mówi o czułości – takiej, która wykracza poza zwykłe współodczuwanie i jest uważnym widzeniem kruchego, nieuodpornionego na czas i cierpienie świata. „Tenderness is spontaneous and disinterested; it goes far beyond empathetic fellow feeling” 

I ja tę czułość widzę w emigracyjnych kobietach bardzo często: w tym, jak próbują dbać o rodzinę w nowym kraju; jak trzymają relacje z bliskimi „tam”; jak nie chcą obciążać rodziców swoimi lękami; jak próbują być dzielne i jednocześnie delikatne, choć to czasem boli.

Tylko że czułość bez granic zamienia się w wyczerpanie.

 I tu wchodzi kolejny kobiecy głos, tym razem Audre Lorde, która pisała o tym, że dbanie o siebie nie jest fanaberią ani egoizmem: „Caring for myself is not self-indulgence, it is self-preservation, and that is an act of political warfare.” 

Jeśli jesteś kobietą na emigracji, to zdanie potrafi zabrzmieć jak pozwolenie: że odpoczynek, sen, terapia, rozmowa, granice, mówienie „dziś nie dam rady” – to nie są luksusy, a nasze małe strategie przetrwania i powrotu do siebie. Czasem najbardziej „silne” jest nie to, że dowieziesz jeszcze więcej, tylko to, że w porę zauważysz cenę, jaką za to płacisz.

Siła kobiet na emigracji buduje się więc w kilku warstwach naraz. 

Buduje się w warstwie kultury, bo codziennie uczysz się nowych norm i kodów, często bez instrukcji. 

Buduje się w warstwie społecznej, bo uczysz się tworzyć relacje od zera, w świecie, w którym nikt nie zna twojej historii, a ty nie masz „kredytu zaufania” zbudowanego przez lata. 

Buduje się w warstwie emocjonalnej, bo regulujesz lęk i wstyd, kiedy jesteś oceniana przez akcent, przez brak słów, przez nieznajomość zasad. 

Buduje się w warstwie poznawczej, bo podejmujesz nieporównywalnie więcej decyzji i rozwiązujesz problemy, które w „starym życiu” rozwiązywały się automatycznie. 

Buduje się w warstwie zawodowej, bo czasem walczysz o uznanie kwalifikacji, o wejście do sieci kontaktów, o szansę, by wreszcie pokazać, co umiesz.

A jednocześnie siła buduje się także w warstwie sensu. Bo człowiek nie jest maszyną od adaptacji, tylko potrzebuje poczuć, że to, przez co przechodzi, ma znaczenie, że to nie jest tylko „muszę”, ale też „wybieram” albo „tworzę”, że w tym nowym kraju nie jesteś tylko funkcją: czyjąś partnerką, czyjąś mamą, czyjąś pracownicą, ALE SOBĄ W PROCESIE. 

To dlatego tak często w migracji wraca temat tożsamości.

I dlatego tak często kobiety mówią mi: „ja już nie wiem, kim jestem”. I mimo kryzysowego wydźwięku ma to zdanie głęboki sens bo staje się bramą do dojrzalszej wersji siebie. Zobacz – kiedy znikają automatyzmy, a stare definicje przestają pasować, pojawia się przestrzeń na wybór. Malala Yousafzai, powiedziała w kontekście praw człowieka i edukacji pewne ważne zadanie które ja widzę idealnie w kontekście życia na walizkach. Te słowa mają w sobie coś emigracyjnie uniwersalnego: „I raise up my voice — not so that I can shout, but so that those without a voice can be heard.” 

Emigracja często odbiera głos, przynajmniej na początku: bo nie masz słów, bo nie masz kodu, bo nie znasz ludzi, bo boisz się, że zabrzmisz „głupio”. A potem – krok po kroku – ten głos wraca, czasem cichszy, czasem spokojniejszy, czasem bardziej precyzyjny. A to dla mnie jedna z najpiękniejszych form siły: kobieta, która przestaje się kurczyć, przestaje przepraszać za to, że istnieje, i zaczyna mówić o swoich potrzebach tak, jakby były wreszcie ważne. 

Wiele kobiet na emigracji myśli: „ja nie jestem silna, ja po prostu muszę”. Znam to , bo jest bardzo częste, zwłaszcza u kobiet, które mają wysokie standardy i długo żyły w przekonaniu, że siła musi wyglądać jak brak łez. Ja wtedy staram się przypominać im co powiedziała Maia Angelou: „You may not control all the events that happen to you, but you can decide not to be reduced by them.” Bo właśnie tak jest: „to, co się dzieje, może cię zmieniać, ale nie musi cię pomniejszać”, i to jest dokładnie sedno emigracyjnej siły.

Siła czasem to konsekwencja. 

Jak codzienne wstawanie. 

Jak uczenie się. 

Jak łzy i ruch jednocześnie. 

Jak to, że idziesz na spotkanie, choć w środku czujesz panikę, i wracasz z poczuciem: „zrobiłam to”. 

Jak to, że po raz setny tłumaczysz dokumenty, a potem nagle orientujesz się, że już się w tym nie gubisz. 

Jak to, że pierwszy raz od miesięcy masz odwagę zaprosić kogoś na kawę, choć w głowie odzywa się stary lęk: „a jeśli odmówi?”. 

Jak to, że stawiasz granicę w pracy i nie umierasz z poczucia winy. 

Jak to, że mówisz partnerowi: „potrzebuję, żebyś też to niósł”. 

Jak to, że przestajesz udawać, że wszystko jest okej, i zaczynasz budować realne wsparcie.

Wiele raportów i analiz instytucjonalnych pokazuje, że w migracji szczególnie ważne są warunki strukturalne: dostęp do pracy, opieki nad dziećmi, wsparcia w integracji, ochrona przed dyskryminacją. OECD zwraca uwagę, że różnice w zatrudnieniu między matkami a kobietami bez dzieci są przeciętnie większe wśród migrantek niż wśród kobiet urodzonych w kraju przyjmującym, a bariery integracji migrantek na rynku pracy nie sprowadzają się do „preferencji”, tylko do realnych ograniczeń i nierówności. Europejskie analizy podkreślają natomiast, że migrantki częściej doświadczają barier i ryzyka wykluczenia, a „podwójna dyskryminacja” zwiększa prawdopodobieństwo napotykania przeszkód w dostępie do zatrudnienia i usług publicznych. To są twarde dane, które warto znać, bo one zdejmują z kobiet część ciężaru fałszywego wstydu: jeśli jest ci trudniej, to nie dlatego, że jesteś mniej zdolna. Czasem jest ci trudniej, bo startujesz w bardziej wymagających warunkach.

Kobiety na emigracji budują kompetencje, 

które są absolutnie realne, mierzalne w życiu, a często bardzo poszukiwane w świecie pracy i relacji. Uczą się odporności psychicznej rozumianej nie jako „zaciskanie zębów”, tylko jako zdolność powrotu do równowagi po stresie, uczą się komunikacji międzykulturowej, czyli mówienia tak, by być zrozumianą w innym kodzie, uczą się negocjować, prosić o doprecyzowanie, stawiać granice, uczą się budować sieci społeczne od zera, a także zarządzać zmianą w praktyce, nie w teorii.

Szczególnie wyraźnie widać to u studentek i młodych kobiet, które wyjechały na studia. W tej grupie stres akulturacyjny jest mocno powiązany z objawami depresyjnymi – metaanalizy badań nad studentami międzynarodowymi pokazują dodatni związek między stresem akulturacyjnym a depresyjnością, co oznacza, że adaptacja w akademickim i kulturowym „nowym świecie” może być istotnym obciążeniem. To nie jest argument przeciw wyjazdom, a za tym, by traktować adaptację serio: żeby uczelnie miały wsparcie, żeby społeczności miały przestrzeń na integrację, a same kobiety miały prawo mówić: „to jest trudne” bez wstydu.

Lubię myśleć o sile emigracyjnej jak o mięśniu. 

Nie rodzimy się z nią „w komplecie” tylko ją budujemy, powtarzając mikro-ruchy odwagi. Czasem to są ruchy spektakularne: przeprowadzka, zmiana pracy, samotne rodzicielstwo w obcym kraju, a czasem to są ruchy malutkie: wyjście z domu mimo lęku, zapisanie się na kurs, rozmowa z sąsiadką, pójście na terapię, zrobienie przerwy, kiedy ciało mówi „dość”. Właśnie te małe ruchy tworzą nowe połączenia w twoim życiu, nowe nawyki – nowe „umiem”.

8 marca lubię przypominać, że codzienna emigracyjna  adaptacja jest częścią tej samej historii, która zaczęła się ponad sto lat temu

 historii o prawie do godności, do bezpieczeństwa, do widzialności. Lubię przypominać, że to, co robisz, ma sens nie tylko w twoim domu, ale też w szerszym obrazie społecznym: budujesz mosty, tworzysz nowe wspólnoty, wychowujesz dzieci między kulturami, pracujesz w wielojęzycznych zespołach, uczysz się świata, który dla wielu byłby przytłaczający.

8 marca zatem głośno i wyraźnie:

warto powiedzieć to sobie wprost, bez umniejszania: to, co robię, ma sens, jest ważne.

Mam prawo być z siebie dumna.

Bibliografia 

  1. Angelou, M. (2008). Letter to My Daughter. Random House.
  2. Associated Press. (2024, March 8). International Women’s Day is a celebration and call to action. Beware the flowers and candy. AP News.
  3. Bauder, H. (2003). “Brain abuse”, or the devaluation of immigrant labour in Canada. Antipode, 35(4), 699–717. doi:10.1046/j.1467-8330.2003.00346.x
  4. Berry, J. W. (1997). Immigration, acculturation, and adaptation. Applied Psychology, 46(1), 5–34. doi:10.1111/j.1464-0597.1997.tb01087.x
  5. Bialystok, E. (2012). Bilingualism: Consequences for mind and brain. Trends in Cognitive Sciences, 16(4), 240–250. doi:10.1016/j.tics.2012.03.001
  6. Britannica. (2026, January 6). International Women’s Day (IWD) | Overview, History, & Facts. Encyclopaedia Britannica.
  7. Brown, B. (2017). Braving the Wilderness: The Quest for True Belonging and the Courage to Stand Alone. Random House.
  8. Çimşir, E., & Kaynakçı, F. Z. Ü. (2024). Acculturative stress and depressive symptoms among international university students: A meta-analytic investigation. International Journal of Intercultural Relations. Advance online publication.
  9. Eisenbruch, M. (1991). From post-traumatic stress disorder to cultural bereavement: Diagnosis of Southeast Asian refugees. Social Science & Medicine, 33(6), 673–680. doi:10.1016/0277-9536(91)90021-4
  10. European Parliament, European Parliamentary Research Service. Orav, A. (2023, May). Migrant women and the EU labour market: Overcoming double discrimination (Briefing PE 747.905).
  11. Foo, S. Q., Tam, W. W. S., Ho, C. S. H., Tran, B. X., Nguyen, L. H., McIntyre, R. S., & Ho, R. C. M. (2018). Prevalence of depression among migrants: A systematic review and meta-analysis. International Journal of Environmental Research and Public Health, 15(9), 1986. doi:10.3390/ijerph15091986
  12. Italia.it. (2023, March 8). Women’s Day: history and symbolism in Italy.
  13. Kim, Y., Lee, H., & Lee, M. (2022). Social support for acculturative stress, job stress, and perceived discrimination among migrant workers moderates COVID-19 pandemic depression. International Journal of Public Health, 67, 1604643. doi:10.3389/ijph.2022.1604643
  14. Renner, A., Schmidt, S., & Kersting, A. (2024). Migratory grief in refugees and migrants: A systematic review. Frontiers in Psychiatry, 15, 1303847. doi:10.3389/fpsyt.2024.1303847
  15. Time. (2018, March 8). The radical reason why March 8 is International Women’s Day. TIME.
  16. UN Women. (2020, December). How migration is a gender equality issue (Explainer).
  17. UNESCO. (2025, March 8). International Women’s Day. UNESCO.
  18. United Nations. (2025, March 8). Background | International Women’s Day. United Nations Observances.
  19. World Health Organization. (2025, September 1). Refugee and migrant mental health (Fact sheet). WHO
Podziel się tym wpisem:

Poprzednie wpisy

Scroll to Top